Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

17.03.2017
piątek

Ivanka i Justin razem w teatrze, czyli dyplomacja po kanadyjsku

17 marca 2017, piątek,

Jedenastego września 2001 roku, kiedy było już wiadomo, że sytuacja jest nadzwyczajna, zamknięto przestrzeń powietrzną nad Stanami Zjednoczonymi. Samoloty, które były w powietrzu, musiały zmienić kurs. Kanadyjskie Ministerstwo Transportu zdecydowało się przyjmować u siebie wszystkie lecące do Stanów samoloty, które zdążyły już przekroczyć „punkt bez odwrotu”, czyli połowę Atlantyku.

Oznaczało to, że do kanadyjskiej przestrzeni wchodziły teraz dwa statki powietrzne na minutę. Trzeba było je bezpiecznie posadzić, a pasażerów poddać kontroli i otoczyć opieką.

SOLIDARNOŚĆ W GANDER

Ta bezprecedensowa operacja nosiła nazwę „Żółtej Wstążki”. Choć oczy wszystkich skupione były na dwóch wieżach, wtedy także i Kanada miała swoich cichych bohaterów 11/09. Poza kontrolerami lotów byli to m.in. mieszkańcy niewielkiego, bo ledwie 10-tysięcznego miasteczka Gander, położonego u wschodniego wybrzeża Kanady, na zielonej i malowniczej wyspie Nowa Fundlandia. Gander służy jako baza do międzylądowań dla samolotów ruszających w rejsy między kontynentami. Samoloty tam siadają, ale pasażerowie rzadko schodzą na wyspę. Tym razem było inaczej.

11 września do Gander skierowano ok. 40 rejsów. W jednej chwili mieszkańcy musieli przyjąć u siebie ponad 6 tysięcy pasażerów. Jean Chrétien, ówczesny premier Kanady, stwierdził wówczas, że na lotnisku jest więcej ludzi niż w samym miasteczku.

Ganderczycy, nienawykli ani do turystów, ani innych gości, błyskawicznie się zorganizowali. Pasażerowie, którzy wbrew swej woli i zamiarom znaleźli się nagle na wyspie, zostali ugoszczeni w hotelach i szkołach, a także w prywatnych domach. Mieszkańcy Gander wpuszczali obcych do swoich mieszkań, udostępniali łazienki i sypialnie. Dzielili się lekami – wielu pasażerów nie miało wystarczającej liczby leków na nadciśnienie czy insuliny, lecieli przecież do domu. Pełną parą pracowały piekarnie, knajpy i sklepy spożywcze – nagle trzeba było nakarmić niespotykaną w miasteczku liczbę gości.

W pomoc angażowały się nie tylko służby (były zbyt skromne), ale całe rodziny, zwłaszcza młodzież. Przymusowy pobyt przedłużał się, więc mieszkańcy Gander organizowali przybyszom czas – zabierano ich na wycieczki, rejsy statkiem i spotkania integracyjne. Karmili i pocieszali – a przede wszystkim nie zatrzasnęli drzwi.

Zaangażowanie mieszkańców kanadyjskiego miasteczka, którzy w nadzwyczajnych okolicznościach ugościli przybyszów z całego świata, to topos, który wraca w dzisiejszej sytuacji politycznej.

DYPLOMACJA MUSICALOWA

Historia Gander wróciła niedawno do mediów (i kanadyjskich, i amerykańskich) za sprawą Justina Trudeau. Kanadyjski premier wybrał się z rządową delegacją na Broadway, gdzie wystawiany jest właśnie musical „Come From Away” („Przybyli z dalekiego kraju”), opowiadający o solidarności i otwartości mieszkańców Gander wobec ludzi, których nikt nie zapraszał. Pogodne i niosące pociechę przedstawienie zostało teraz wykorzystane przez kanadyjską dyplomację.

Ale zanim podniesiono kurtynę, na scenę wszedł Justin Trudeau i wygłosił krótką mowę, którą jedni nazywają polityczną deklaracją, a inni przykładem biernej agresji. Oczywiście nie był to dosłownie artykułowany manifest, ale niezbyt nawet zawoalowana pochwała kanadyjskiej otwartości wobec obcokrajowców. „Świat zobaczy, co to znaczy pomagać jeden drugiemu i polegać na sobie w najtrudniejszych czasach” – powiedział Trudeau i dodał, że Kanada daje przykład „praktycznej solidarności”. Stwierdził też, że to również przedstawienie o dobrych relacjach między Stanami a Kanadą, po czym usiadł na widowni wśród 600 gości zaproszonych przez konsulat generalny Kanady w Nowym Jorku. Było tam ponad 120 ambasadorów przy ONZ i wielu kanadyjskich polityków (niektórzy mieli ubrania z motywem klonowego liścia).

Ale przedstawienie nie jest sielanką. Jak pisze „New York Times”, pokazuje też uprzedzenia i lęki. Mamy więc czarnoskórego bohatera, który boi się, że lokalna małomiasteczkowa społeczność uzna go za złodzieja i zastrzeli. Muzułmanina, który czuje się upokorzony szczegółową kontrolą osobistą na lotnisku. Parę osób tej samej płci, która obawia się reakcji gospodarzy.

To tematy, które pobrzmiewają wśród przeciwników obecnego prezydenta. Kanada nie ukrywa, że w pierwszej kolejności zaprosiła na przedstawienie prezydenta Donalda Trumpa, ale ten zaproszenia nie przyjął. Zamiast tego zasugerował, że musical chętnie obejrzy jego córka, Ivanka. Uchodzi ona za szarą eminencję Białego Domu i kobietę, która faktycznie pełni funkcję Pierwszej Damy. Ivanka się zgodziła.

Zaproszenie córki prezydenta, która jest jednocześnie jego doradczynią, nie wpłynie oczywiście na politykę administracji USA wobec imigrantów. Podkreślanie, że musical i kraj, z którego pochodzi, sprzeciwiają się ksenofobii i izolacjonizmowi, nie odwróci biegu myśli Donalda Trumpa. Jest jednak kolejnym przykładem działań kanadyjskiej dyplomacji, która nie trąbi o wielkiej strategii, ale realizuje swoje cele metodycznie i krok po kroku. Nie deklaracjami wielkości na prasowych okładkach, ale zakulisowymi rozmowami w teatralnym foyer.

Jak podkreśla dziennik „Toronto Star”, korzeniami dyplomacji są interesy. A Justinowi Trudeau i Ivance Trump powinno zależeć na wspólnych spotkaniach (i zdjęciach). Po pierwsze, Ivanka wydaje się osobą, której prezydent USA ufa i której rad słucha (choć w ograniczonym zakresie). Po drugie, maż Ivanki, Jared Kushner, choć nie ma żadnego rządowego doświadczenia, cieszy się prerogatywami nadanymi mu przez Trumpa. Trzyma teraz w swoich rękach sznurki sięgające od negocjacji gospodarczych z Meksykiem po proces pokojowy na Bliskim Wschodzie.

Dlatego oglądanie musicalu z Ivanką to dla kanadyjskich dyplomatów i politologów przykład realpolitik w wykonaniu Justina Trudeau. Uważają oni, że skutecznym sposobem na uprawianie polityki z USA jest dotarcie do rodziny Trumpa miękkimi kanałami.

Krytycy zarzucają premierowi ocieplanie wizerunku amerykańskiego prezydenta. Umawianie się do teatru z jego córką uważają za zbyt daleko sięgającą gałązkę oliwną. Rządowa administracja wydaje się jednak wzruszać na to ramionami. Liczy się cel, a nie puste deklaracje. Można wybrać się nawet na wspólne oglądanie musicalu, gatunku uznawanego za pośledni i przeznaczony dla widza mało wyrobionego. Ważne, że jest to okazja do rozmowy. Zostały po niej listy nowych spraw do omówienia i zdjęcia. Nie pokazują klakierów bijących na stojąco brawo przywódcy rozpartemu w fotelu. Pokazują rządowych urzędników z obu krajów, którzy są swoimi politycznymi przeciwieństwami i przeciwnikami. Teraz jednak stoją twarzami do siebie i rozmawiają, ściskając dłonie ponad rzędami teatralnych krzeseł.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Szanowna Pani Joanna

    Slyszalem plotke ze junior Trudeau
    wydal w ciagu kilku mieciecy swojego premierowania na cele reprezentacyjne tyle pieniniedzy co poprzedni premier Kanady w czasie trzech kadencji.

    Slawomirski

  2. Objawem realizmu Trudeau jest również rezygnacja ze sztandarowej obietnicy wyborczej wprowadzenia w Kanadzie „demokracji socjalistycznej” (jak w Rosji czy w Polsce) zamiast demokracji naturalnej jak teraz w Kanadzie. Chodzi o rezygnację z wprowadzenia zmian w ordynacji wyborczej.

    Cenię Pani obrazki z Kanady, o ile są rzeczywistym obrazem Kanady, ale komentarza na powyższy temat jakoś nie dostrzegłem, a akurat takie tematy są dla mnie szczególnie interesujące. Czym się kierował Trudeau najpierw obiecując, a teraz rezygnując? Czy Kanadyjczycy są mocniej przywiązani do demokracji naturalnej niż się to wcześniej wydawało?

  3. zmiany w ordynacji wyborczej w Kanadzie nie wydawały mi się interesujące dla czytelników w Polsce, ale może rzeczywiście czas i na taki tekst? pozdrowienia!