Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

24.04.2017
poniedziałek

Gender i przemoc, czyli dlaczego chłopcy muszą do szkoły ubierać się na różowo

24 kwietnia 2017, poniedziałek,

Dzięki neuronom lustrzanym możemy odczuwać cudzy ból. Samo patrzenie na cierpiącego człowieka albo słuchanie o jego krzywdzie powoduje dolegliwość u tego, kto jest tylko świadkiem, nie ofiarą.

Ostatnio w Polsce neurony lustrzane świecą mocno, odkąd Karolina Piasecka ujawniła nagranie, na którym jest poniżana i bita. Tymczasem przeciwnicy konwencji antyprzemocowej powołują się na zagrożenie dla tradycyjnych rodzinnych wartości, jakie niesie gender. W tym samych dniach, kiedy odsłuchiwałam nagranie pani Karoliny, nasza rodzina na kilku polach miała okazję zetknąć się z gender w praktyce.

Chłopak przebrany za księżniczkę

Najpierw, ze szkoły publicznej przyszło zalecenie, by w środę dzieci ubrały się na różowo. Dla rodziców dziewczynek to może nie kłopot, bo większość ubrań i butów szytych dla nich jest przecież właśnie w tym kolorze. Od początku dziewczynka wie, kim ma być i jak ma wyglądać. Ale tym razem na dziewczyńską modłę mieli się też ubrać chłopcy.

Chłopięcy t-shirt w kolorze pink znalazłam po dwóch minutach, w pierwszym lepszym sklepie.

Następnego ranka mój syn wciągnął go na grzbiet i ruszyliśmy przez miasto. Rozglądałam się uważnie, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Być może dlatego, że mijaliśmy na ulicy wielu małych chłopczyków i dużych chłopaków w różowych ubraniach.

Jeśli ktoś uważa, że ideologia gender wkrada się do szkół, nie byłby zadowolony przekraczając próg zwykłej, publicznej podstawówki. Sekretariat udekorowany był na różowo, a na ścianach zawisły plakaty przeciw przemocy. Bo „Pink Day” czy raczej „Internationa Day of Pink” to w Kanadzie dzień walki z przemocą w szkole, a ściślej z homofobią i transfobią. Zainicjowano go w Nowej Szkocji, kiedy dwóch uczniów zobaczyło, jak ktoś dokucza ich koledze, gejowi, który przyszedł do szkoły w różowej koszulce. Interweniowali, obronili chłopaka. Kilka dni potem, na ich prośbę, prawie cała szkoła ubrała się na różowo.

Ale nie każdy uczeń wespnie się na paluszki, by przeczytać antyprzemocowy plakat w sekretariacie. Dlatego na różowo ubrały się też nauczycielki i panie z administracji. A także nauczyciele. Jak ktoś nie miał w szafie różowej koszuli z guziczkami po męskiej stronie, wziął choć od żony jedwabny szal w różowe kwiaty albo kupił boa pobliskim sklepie z zabawkami. Niektóre dzieci pytały, dlaczego pan chodzi dziś w takim śmiesznym różowym szaliku – i od razu dostawały odpowiedź, dlaczego.

W czasie lekcji nauczycielka przeczytała pierwszakom dwie książeczki. Jedną o chłopcu, który chciał przebrać się na bal za księżniczkę. Inne dzieci trochę się z niego śmiały, ale rodzice pozwolili mu ubierać się, jak chce. Zapytałam, czy pani wyciągnęła wnioski z tej historii. Usłyszałam, że nie – kazała dzieciom zrobić to samodzielnie. A one uznały, że każdy może ubierać się, w co mu się podoba, i wyglądać, jak sobie zamarzy. I że nie wolno się śmiać z nikogo, kto nie pasuje do naszego wyobrażenia o tym, jak być powinno.

Druga książka była o chłopcu, który był niewidzialny. Istniał, ale miał kłopoty, był nieśmiały i rodzice go nie zauważali, więc pomalutku znikał. Dzieci mówiły, że to bardzo smutna książka, bo nikogo nie wolno zostawiać samego.

Róż powinien być tam, gdzie był

Ale nie tylko szkoły obchodziły Pink Day. Także pracownicy poważnych firm, na przykład banków i ubezpieczycieli, zamienili tego dnia białe kołnierzyki na różowe. Na różowo poprzebierali się także policjanci. Mieli zresztą swój wewnętrzny konkurs na najlepszy strój. Wygrał funkcjonariusz, który na różowo ufarbował sobie także włosy i brodę. Napisały o nim gazety, a policja podawała to dalej. Różowy kolor i otwarte poparcie dla ruchu LGBT nie odebrały policjantowi ani męskości, ani autorytetu.

Ale różu nie było za to tam, gdzie spodziewałam się go znaleźć. Na przykład w literaturze dziewczęcej. W osiedlowej bibliotece jest taki regał ze szczególnie polecanymi książkami. Wczoraj była tam wystawa tematyczna skierowana do dziewczynek. Nie widziałam ani jednej tradycyjnej bajki o księżniczkach. Żadnej opowieści o czekaniu na księcia, zapuszczania włosów i pielęgnowania cnót. Były za to historie o astronautkach, rozbójniczkach i dziewczynkach pracujących w laboratoriach naukowych. O dziewczynkach, które radziły sobie same, w rodzinach rozbitych.

Przeciwnicy gender zauważyliby pewnie, że były tam i „książki przemocowe”, to znaczy o dziewczynkach, które oddawały zadawane im razy. Nie umieszczono takich pozycji w dziale „fikcja”, ale w literaturze dziecięcej. Zastanawiałam się, czy inaczej potoczłaby się historia pani Karoliny i jej dzieci, gdyby od początku je uczono, że nie może być zgody na przemoc wobec kobiet.

Czy człowiek może sobie wybrać, kim jest?

Znienawidzona filozofia gender jest obecna także w działaniu wielu kanadyjskich instytucji publicznych. Teraz TDSB, odpowiednik kuratorium w Toronto, przeprowadza na wiosnę cenzus. Nie znają tu zasady „nie mów nikomu, co dzieje się w domu”.

Ankieta jest anonimowa, ale rodziców prosi się o podanie płci dziecka. I są cztery pola do zaznaczenia: płeć męska, żeńska, trans i jeszcze dowolna odpowiedź. Jakby człowiek mógł sobie wybrać, kim chce być.

Kuratorium pyta też, z kim mieszka dziecko. Można wbrać: mama i tata, dziadkowie, instyucja opiekuńczo-wychowawcza. A także: mama i mama, tata i tata. Władze nie odwracają oczu od rodzin, które wybrały taki model życia.

Pytają też o wyznanie – na równi wymienia się religie monoteistyczne, politeistyczne i ateizm. A także o ubranie – czy dziecko albo rodzice byli kiedyś z jego powodu źle potraktowani? Czy z powodu stroju ktoś się kiedyś w szkole śmiał, wytykał, zrobił przykrość? Władze chcą wiedzieć i, jeżeli problem jest, jak najszybciej zareagować.

Ale obchody tego dnia nie przebiegały idyllicznie. Niektórzy rodzice zabrali głos: dlaczego nazywacie to „Różowym Dniem” i nie mówicie wprost, o co chodzi? Nazwijcie rzeczy po imieniu, szczególnie dziś, mówili. Uczcie dzieci, że chodzi o homofobię i transfobię. I że te słowa można i trzeba wymawiać głośno, a nie zasłaniać się za hipokrytycznymi różowościami.

Kuratorium przeprosiło. Ale nie za organizację Różowego Dnia, ale za niewyeksponowanie jego pełnej nazwy. Racja, szczególnie w taki dzień musimy głośno sprzeciwić się prześladowaniu ze względu na płeć i orientację, powiedzieli.

Schować koszulkę głęboko w szafie

Odebrałam syna ze szkoły. Zapytałam, jak było. Jeden chłopiec się śmiał – z niego i z innych pierwszaków. Nie byłam specjalnie zaskoczona, bo ten kolega często dokucza innym dzieciom. Popycha je i obraża, za co w kółko ląduje u dyrektorki. Dziś śmiał się, że mój syn ubrał się jak dziewczyna.

To okropne, jak ktoś ci dokucza, że źle się ubrałeś, mamo. Na szczęście pani od razu się nim zajęła – powiedział mój syn – Poczułem się, jakbym zrobił coś złego, a przecież nic nie zrobiliśmy. Mieliśmy tylko różowe koszulki.

Na szczęście możesz, dziecko, natychmiast ściągnać z pleców tę koszulkę – pomyślałam. Możesz schować ją na dno szafy. Nikt jej tam nie zobaczy. Nosiłeś ją tylko jeden dzień i możesz do niej nie wracać.

A w nocy obudziłam się nagle. Oczy miałam szeroko otwarte. Co by było, synku, gdybyś tej różowej koszulki jednak nie mógł z siebie zdjąć?

11.04.2017
wtorek

Odra wróciła, czyli teraz ryzykujemy wszyscy

11 kwietnia 2017, wtorek,

Może to był bar Caledonian przy ruchliwej College Street, gdzie można zjeść tradyjne szkockie haggis i napić się importowanej whisky. Podzielić obiadem i całować przy barze. Albo raczej był to rejs EK517 liniami Emirates z Delhi do Dubaju, wylot o 18.13 w niedzielę, 19 marca. Albo po przesiadce, 20 marca – te same linie, lot z Dubaju o 9.55 rano. Samolot wylądował w Toronto 4 minuty po szesnastej.
Czytaj całość »

20.03.2017
poniedziałek

Sorry, czyli legendarna kanadyjska uprzejmość

20 marca 2017, poniedziałek,

Na zajęciach jogi przyjmujemy pozycję psa z głową w dół – dwudziesty chyba raz rozciągamy cały kręgosłup, opierając się na wyprostowanych rękach i nogach. – A teraz czas na simhasanę, dokładamy do tego lwią twarz – mówi instruktorka. – Nie martwcie się i nie wstydźcie, nikt nie patrzy.
Czytaj całość »

17.03.2017
piątek

Ivanka i Justin razem w teatrze, czyli dyplomacja po kanadyjsku

17 marca 2017, piątek,

Jedenastego września 2001 roku, kiedy było już wiadomo, że sytuacja jest nadzwyczajna, zamknięto przestrzeń powietrzną nad Stanami Zjednoczonymi. Samoloty, które były w powietrzu, musiały zmienić kurs. Kanadyjskie Ministerstwo Transportu zdecydowało się przyjmować u siebie wszystkie lecące do Stanów samoloty, które zdążyły już przekroczyć „punkt bez odwrotu”, czyli połowę Atlantyku.
Czytaj całość »

10.03.2017
piątek

27:1, czyli racja stanu według Kanadyjczyków

10 marca 2017, piątek,

W Europie wiadomością numer jeden jest sukces Donalda Tuska wybranego właśnie na kolejną kadencję przewodniczącego Rady Europejskiej. A raczej – niezrozumiałe stanowisko polskiego rządu, który postanowił tę kandydaturę storpedować.
Czytaj całość »

8.03.2017
środa

Wybór, czyli oczywistość na Dzień Kobiet

8 marca 2017, środa,

W drogerii mijam regał pełen testów ciążowych i owulacyjnych. Różne marki i czułości, pełen wybór. Na półce obok – cała gama żeli intymnych i do masażu. Dosłownie do wyboru, do koloru. Kojące, pobudzające, o wszystkich smakach i zapachach. Kondomy zajmują pół regału – i tu też różnorodność oszałamiająca, każdy znajdzie, co tylko lubi i czego potrzebuje. Na wysokości wzroku białe, widoczne opakowanie – leciutkie, bo zawiera tylko ulotkę i jedną tabletkę. Nie jest schowane, nie trzeba szukać go wstydliwie upchniętego między półkami. Można je kupić – ale nie ma takiego obowiązku. Znowu mam wybór.
Czytaj całość »

18.02.2017
sobota

Chór, czyli nie ma zgody na przemoc

18 lutego 2017, sobota,

Dwa razy w tygodniu ludzie spotykają się w Korea Town, na zapleczu pubu. Płacą pięć dolarów, żeby postać w tłumie i wspólnie śpiewać. Oczywiście nie o ćwiczenie głosu tu chodzi. Tworzony za każdym razem od nowa chór – czyli Choir! Choir! Choir! – to społeczne zjawisko i jedno z najpiękniejszych mgnień Toronto. Pisałam o nim w świątecznej POLITYCE. Ale w tych dniach chór znów brzmi donośnie.
Czytaj całość »

5.02.2017
niedziela

Na ratunek, czyli gdyby Sopot leżał w Kanadzie

5 lutego 2017, niedziela,

Nie uszło uwadze naszego rządu, że tym dzieciom odmówiono pomocy tylko dlatego, że urodziły się tam, gdzie się urodziły – powiedział minister zdrowia kandyjskiej prowincji Ontario.

Niedawno prezydent Trump zakazał wjazdu na terytorium Stanów obywatelom 7 muzułmańskich krajów: Iranu, Iraku, Jemenu, Libii, Syrii, Sudanu oraz Somalii. Oficjalne uzasadnienie: względy bezpieczeństwa, obrona kraju przed muzułmańskim terroryzmem.

Na razie cofnięto wizy ok. 60,000 osób. Wśród nich są dzieci. Zakwalifikowano je do pilnego leczenia w USA – na przykład dlatego, że w ich krajach takich niezbędnych operacji się nie przeprowadza. W wielu przypadkach to dzieci wojny: poparzone, okaleczone, poranione. Zawsze po traumie.

Zgodnie z wytycznymi z Białego Domu lekarze ze Stanów nie mogą już zoperować ani rozpocząć terapii u tych dzieci. Zwrócili się o pomoc do Kanadyjczyków.

Nie uszło uwadze naszego rządu, że tym dzieciom odmówiono pomocy tylko dlatego, że urodziły się tam, gdzie się urodziły.oświadczył więc minister, Eric Hoskins. – Mamy to szczęście, że dysponujemy technicznymi możliwościami, by pomagać. To naturalne, że trzeba pomóc.

Mechanizm jest taki: lokalne władze w Ontario zgłosiły chęć udzielenia pomocy dzieciakom z Syrii i innych krajów objętych zakazem. Zwróciły się do kanadyjskiego rządu federalnego. Ten odpowiedział błyskawicznie, na początek obiecał w trybie ekspresowym załatwić wizy. Dla dzieci i dla ich rodzin.

Kanadyjski rząd szuka teraz rozwiązań, jak najlepiej wykorzystać przepisy i szybko sprowadzić dzieci do Kanady. Jednocześnie, by nie tracić czasu, pracuje już z konkretnymi szpitalami – przede wszystkim ze szpitalem SickKids w Toronto.

Znamy ten szpital jako pacjenci – proszę spojrzeć, jak tutejsi lekarze postrzegają swoją misję. Na razie SickKids woli się nie chwalić – jak informuje rzeczniczka, skupiają się na badaniu każdego przypadku indywidualnie i po prostu działają. Dodaje, że sprawdzają, jak mogą zaopiekować się i dzieckiem, i jego rodziną, jednocześnie zaspokajając potrzeby lokalnych pacjentów z Toronto i okolic.

Nie brakuje trudności (o pieniądzach nie wspominając), ale przecież są do przeskoczenia. Przeszkody są po to, by je pokonywać, a nie mnożyć, mówią w Kanadzie. Prowincja Ontario przyznaje, że boryka się z problemami – zwalaniane są pielęgniarki, dłużą się kolejki do zabiegów, jak zawsze w służbie zdrowia brakuje pieniędzy. Ale dodaje też skromnie, że robi takie rzeczy od czasu do czasu, więc i teraz stanie na wysokości zadania.

Nikt nie krzyczy w prasie, że sprowadzenie małej grupy dzieciaków (i ich opiekunów) zwiększy tu zagrożenie terroryzmem. I w mediach, i w rozmowach prywatnych przeważa ton zaskoczenia i absolutnego obrzydzenia: ileż trzeba mieć złej woli, by z powodu przepisu nie wpuścić dzieci.

Nikt tu nie klęka, nie całuje biskupa w pierścień, nie żłobi posadzki w kościele. Nie zasłania się frazesami ze świętych ksiąg. Nie zasłania ani religią, ani polityczną doktryną. Nie straszy terroryzmem. Nie wzdryga się: przecież to muzułmańskie dzieci, co z nich wyrośnie?

Nikomu nie przyjdzie do głowy, by hipokrytycznie kazać pomagać „na miejscu”, kiedy można pomóc tu i teraz. Robią co mogą – wykorzystując wszystkie kontakty. Lekarze, urzędnicy i politycy łapią za słuchawkę. Dzwonią, załatwiają, przyspieszają.

Jakby naiwnie wierzyli, że ich wysiłek coś da. Choć żaden chirurg wojny nie powstrzyma, próbują uratować choć jedno dziecko więcej. Tyle przecież możemy, mówią.

„Nie uszło uwadze naszego rządu, że tym dzieciom odmówiono pomocy tylko dlatego, że urodziły się tam, gdzie się urodziły” – tłumaczę to zdanie z angielskiego. Dochodzę do wniosku, że jest ono do wymówienia, także po polsku.

1.02.2017
środa

Quebec, czyli dlaczego zamachowiec nie zostanie skazany za terroryzm

1 lutego 2017, środa,

Chirurdzy ze szpitala w Quebecu mówią, że ranni od kul trafiają im się średnio raz w miesiącu. To najczęściej ci, którzy nie mieli szczęścia podczas polowania, czasem – niedoszli samobójcy. Bardzo rzadko mają tu do czynienia z postrzelonymi w wyniku porachunków (to akurat zdarza się częściej w Toronto). Tymczasem teraz lekarze stali we trzech nad 39-letnim taksówkarzem, który dostał cztery kule w brzuch. Jednocześnie opracowywali wszystkie rany, stłoczeni, pochyleni nad krwotokiem wewnętrznym, który na ich oczach rozlewał się po ciele mężczyzny.

Taksówkarz został ranny, kiedy modlił się w meczecie przy Centre culturel islamique de Québec, islamskim centrum kultury. Przeżył operację – jego żonie powiedziano, że teraz trzeba czasu. W domu zostało czworo dzieci.

To tylko jedna z wielu rodzin, której życie nieodwracalnie zmienił zamachowiec, otwierając ogień do modlących się w meczecie. Zabił 6 osób, 5 kolejnych walczy o życie, ale rannych jest kilkunastu.

Sprawca miał czas, strzelał przez kilka minut – w tym czasie ktoś zadzwonił pod numer 911 i wezwał pomoc. Kiedy do meczetu wpadli policjanci pod bronią, niektórzy wierni zaczęli w panice wybiegać na śnieg. Jeden z uciekających miał na sobie krew ofiary. Szybko został obezwładniony i zatrzymany. Media błyskawicznie rozpowszechniły jego nazwisko: Mohammed Belkhadir. Podały, że pochodzi z Maroka – to akurat nic dziwnego, w Quebecu mieszka bardzo wielu przyjezdnych z krajów Afryki Północnej, które były kiedyś francuskimi koloniami. Informację o tym, że muzułanie strzelają do muzułmanów podało wiele mediów – w tym „Wiadomości” TVP.

Ale to nieprawda. Do oczyszczenia muzułmanina z zarzutów i sprostowania wezwało poszczególne media (w tym amerykańską FOX TV) biuro prasowe premiera Justina Trudeau.

DLACZEGO STRZELAŁ

Mohammed Belkhadir miał na sobie krew, bo próbował udzielić pomocy jednej z ofiar. Przeraził go widok wbiegających mężczyzn z wyciągniętą bronią – myślał, że to kolejni zamachowcy. Niektóre media podają, że to on zadzwonił wcześniej po pomoc. Inne podkreślają, że muzułmanin ratował, podczas gdy strzelał chrześcijanin.

Bo wszystko wskazuje na to, że ogień otworzył Alexandre Bissonnette, biały student nauk politycznych z pobliskiego uniwersytetu. Koledzy opowiadają dziś mediom, że jest introwertykiem, unika ludzi i nie jest zbyt lubiany. Nikt nie pisze jednak, dlaczego.

W mediach przewija się informacja, że rówieśnicy zastraszali chłopaka. Sam wyszydzany, oddawał krzywdy innym. Nie umiał się odegrać bezpośrednio, więc wybierał słabszych. Lubił śmiać się z dziewczyn – na przykład z koleżanki, która miała wielką bliznę po operacji kardiologicznej, mówią dziś jego znajomi. Czasem swoje frustracje wylewał w internecie, był znany z antyislamskich, skrajnie prawicowych komentarzy. Walczących o prawa kobiet nazywał feminazistami. Dzień przed maskarą zamieścił zdjęcie krzyżowca wymachującego mieczem.

Ale mieszkańcy Quebecu, w tym jego znajomi, dziwią się: ależ nikt nie spodziewał się, że Alexandre zrobi komuś krzywdę. Nikt nie chce widzieć związku między nienawistnymi wpisami w internecie, narastającą frustracją i realną przemocą. A tym bardziej – między doznanymi upokorzeniami a chęcią odwetu. Kto zradykalizował Bissonnette’a? Kto wyhodował w nim tę nienawiść? Niewygodne jest pytanie, co zaniedbujemy, co przegapiamy. Na co pozwalamy, machając ręką, mówiąc, że to tylko takie żarty. Że nienawistne komentarze w internecie to nic takiego.

Co dalej stanie się z domniemanym sprawcą? Premier Justin Trudeau nazwał jego czyn aktem terroryzmu, o zamachu terrorystycznym pisze też większość mediów.

Ale Bissonnette’owi postawiono nie zarzut przeprowadzenia zamachu terrorystycznego, ale zwykły zarzut zabójstwa. Dlaczego?

TO NIE TERRORYSTA

Przed 11 września 2001 r. w Kanadzie nie karano za terroryzm – nawet bojówkarze skrajnych frontów, motywowani politycznie, dostawali wyroki za porwania i zabójstwa, ale nie za działania terrorystyczne. Dopiero w grudniu 2001 weszła w życie ustawa antyterrorystyczna, Anti-Terrorism Act.

Terroryzm jest w Kanadzie definiowany jako groźba lub działanie polegające na użyciu przemocy wobec osób i rzeczy, którego motywacją osiągnięcie celu politycznego, ideologicznego lub religijnego. Istota leży więc nie tyle w skutkach działań przemocowych, co w samej intencji. Co ważne – wystarczy groźba takiego działania. Dlatego od 2011 o terroryzm wolno oskarżać na podstawie materiałów zgromadzonych na taśmach, podsłuchach i wpisach w sieci – jeśli ktoś grozi użyciem siły z powodów religijnych czy ideologicznych.

Bissonnette wypisywał w internecie antyuchodźcze i antyfeministyczne hasła – ale to wcale niekoniecznie starczy do oskarżenia go o terroryzm czy zbrodnię motywowaną nienawiścią. Policja będzie prawdopodobnie szukać jego związków z jakąś organizacją uznaną za terrorystyczną – ale jeśli okaże się, że działał sam, oskarżenie z paragrafu terrorystycznego będzie słabsze. Tak samo, jeśli okaże się, że inspirował się jakąś organizacją, ale np. nie był przez nią finansowany.

Wygląda więc na to, że choć politycy i media mówią o zamachu terrorystycznym, proces pójdzie w inną stronę. Będzie szybszy, a obrona będzie miała mniejsze pole manewru.

Na razie Bissonnette’owi postawiono zarzut zabójstwa 6 osób i usiłowania zabójstwa kolejnych 5 – stan 2 z nich jest krytyczny. Grozi mu dożywocie.